Każdy z nas ma takie chwile pod wodą o których nie potrafi długo zapomnieć. Niezależnie od tego, czego szuka tam, głęboko. Są momenty zachwytu, strachu, zaniemówienia. To część tych wrażeń dostępna nam, szczęśliwcom, mogącym oglądać podwodne krainy.
Przeżyłam wiele takich chwil o których chętnie się opowiada innym nurkom przy wspólnym ognisku po powrocie z wyprawy. Są też i takie „nieopowiadalne”. Takie, których przeżycie pozostaje w nas jak najpiękniejszy film, który naprawdę trudno komuś opowiedzieć.
Spróbuje jednak podzielić się taką chwilą z ostatniej, lipcowej wyprawy do Dahab.
Lighthouse. Noc, dodam, że egipska więc czarna. Ostatnie sprawdzenie sprzętu stojąc po pas w wodzie. Marcin i ja właśnie zanurzamy się aby odbyć moje ulubione nocne nurkowanie. Plan już mamy. Zobaczyć czy nic się nie zmieniło na tej pięknej rafie pod naszą nieobecność. Marcin marzy o kolejnych fenomenalnych zdjęciach, ja mam natomiast zupełnie inne marzenie. Chodzi mi ono po głowie od jakiegoś czasu. Chcę zobaczyć taniec Spanish Dancera. Taki prawdziwy, niewymuszony ludzką interwencją.
Zanurzamy się cichutko. Nad nami jeszcze rozbłyskają światełka nocnego Dahab. Jakieś głosy. Za chwilę już tylko cisza. I mrok rozświetlany jedynie moją latarką i reflektorami aparatu Marcina. Schodzimy powolutku w dół, trafiamy na rozrzucone na piasku amfory. Robią niesamowite wrażenie w nocy. Jakbyśmy odkryli ślady po zatopionym, tajemniczym mieście. Szukamy stworów, szukamy kolorów, życia. Jest. Piękne, większe, mniejsze. Nic tam nie śpi. Błąkamy się tak kilka dłuższych chwil. Marcin utrwala fotografując to nocne miasto.
Nasyciwszy się tymi widokami skręcamy powolutku w lewo w kierunku rafy. Marcin prowadzi, ja snuję się trochę z tyłu rozglądając się ciągle. W pewnej chwili Marcin odwraca się do mnie i wskazuje ręką na przesmyk między dwiema ścianami rafy. Jeszcze nie wiem o co chodzi ale przyśpieszam. I już wiem, już widzę.
Jest. Piękny. Karmazynowo czerwony. Unosi się w czarnej toni falując całym swym przepięknym ciałem. Jeśli widział ktoś z Was hiszpańską tancerkę w płomienistej sukni. Zapominającej się w erotycznym flamenco, wie o czym mówię. Pełen zmysłów, namiętności taniec przepięknego ślimaka w czarnej egipskiej nocy, tajemniczej toni morza. Faluję wzdłuż swego ciała, w poprzek cały czas delikatnie wznosząc się ku górze. Jego ciało mieni się odcieniami czerwieni jak przepiękny skrawek atłasowej spódnicy tajemniczej tancerki. Wznoszę się za nim starając się nie uronić ani sekundy tego tańca. Jestem absolutnie zahipnotyzowana. Marcin podświetla ten taniec od dołu. A ja płynę w tym tańcu w górę i w górę…
Niestety. Jestem tylko nurkiem. Nie ślimakiem. Mój komputer zaczyna piszczeć i przywoływać mnie do rzeczywistości. Komunikat SLOW na wyświetlaczu zatrzymuje mnie i już tylko mogę wzrokiem odprowadzić taniec, który ginie gdzieś w ciemnej toni tej niezapomnianej nocy.
Jeszcze trochę trwam w osłupieniu. A potem wracam powoli między rafy.
Tej nocy nie mogę zasnąć. Widzę wirującą spódnicę w tańcu. I tak co noc, aż do dziś zasypiam z tym widokiem przed oczami…
D.




Wakacje z dziećmi 14.07.2010
Komentarze